Sanktuarium dzikiej przyrody Bonorong jest miejscem, które absolutnie trzeba odwiedzić będąc na Tasmanii. Wiadomo, że dla turystów odwiedzających Australię, jednym z najważniejszych momentów wycieczki jest spotkanie z tutejszymi wyjątkowymi zwierzętami. Być w Australii i nie zobaczyć kangura to tak, jak nie być w Australii.
Miejsca, w których można pooglądać zwierzątka nie są oczywiście niczym wyjątkowym, ale większość z nich funkcjonuje jak tradycyjne ogrody zoologiczne – przeróżne zwierzęta zamknięte w klatkach ku uciesze gawiedzi. Bonorong ma zupełnie inne priorytety, a gawiedź to tylko skutek uboczny prawdziwej misji sanktuarium, jaką jest niesienie pomocy rodzimym zwierzętom w potrzebie. Zwierzątka ranne w wypadkach, osierocone lub z innych powodów niemogące poradzić sobie na wolności, trafiają tutaj pod czułą opiekę pracowników i wolontariuszy, którzy zapewniają im efektywną rehabilitację. Pacjenci nie pozostają w parku ani dnia dłużej, niż jest to konieczne i gdy tylko rekonwalescencja dobiega końca, wracają do domu. Niestety, czasami zdarza się, że z powodu urazów, podopieczny nie jest już w stanie poradzić sobie w buszu. Dla nich Bonorong staje się bezpiecznym i wygodnym domem spokojnej starości.
Rehabilitacja i opieka długoterminowa to nie jedyna forma pomocy tasmańskiej faunie. Przy Bonorongu działa też ochotnicze pogotowie ratunkowe dla zwierząt. Jeżeli ktoś znajdzie ranne zwierzę, może o każdej porze dnia i nocy zadzwonić po pomoc do sanktuarium. W Tasmanii jest ponad tysiąc wolontariuszy gotowych w każdej chwili przyjechać na miejsce zdarzenia i przetransportować ofiarę do sanktuarium, gdzie udzielona będzie doraźna pomoc. A ochotnicze pogotowie to wciąż jeszcze nie wszystko. W Bonorong znajduje się też szpital dla zwierząt. Podczas gdy kliniki weterynaryjne w miastach leczą Mruczka, szpital w Bonorongu specjalizuje się w ratowaniu lokalnych dzikich zwierząt.
Tak ambitne i szlachetne przedsięwzięcie wiąże się ze sporymi kosztami i tu niezbędni jesteśmy my – gawiedź, czyli goście kupujący wejściówki do sanktuarium. Co zatem możemy w Bonorongu zobaczyć? Wybierzmy się razem na małą wycieczkę po sanktuarium Bonorng.
Zaczynamy o poranku. Lepiej być tu wcześniej – nie ma problemu z parkowaniem, a zwierzęta są wciąż rześkie i skore do interakcji z ludźmi. Na wejściu deklarujemy, że mamy całoroczną wejściówkę. Oczywiście turyści mogą zapłacić za jednorazowe wejście, ale dla tubylców o wiele lepszą opcją jest bilet na cały rok. Choć główną atrakcją parku są zwierzęta, my tradycyjnie zaczynamy od kawy. Niewielka budka tuż za główną bramą serwuje kawę oraz słodkie przekąski. Siadamy na ławce, a czarne kakadu z pobliskiej ptaszarni skrzeczy do nas „hello!”. Za chwilę zaczyna się krótka wycieczka z przewodnikiem, więc dopijamy nasz napar i idziemy w stronę wybiegu wombatów.

To kolejna ważna misja Bonorongu, o której nie wspomniałem wcześniej – edukacja. Cztery razy dziennie goście mogą wziąć udział w krótkim spacerze z przewodnikiem, podczas którego można dowiedzieć się sporo o działalności sanktuarium, jego najważniejszych rezydentach oraz niebezpieczeństwach czyhających na tasmańskie zwierzaki. W pierwszej kolejności poznajemy wombaty. Wydawać by się mogło, że wombat to taka śmieszna, niezdarna bambaryłka, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Wombat to obleczona futrem kupa mięśni, stworzenie zaskakująco szybkie, terytorialne i czasami nawet agresywne. Jedną z charakterystycznych cech wombatów jest niezwykle silny instynkt i zdolność powrotu do natury. Wombat może od urodzenia wychowywać się z ludźmi, ale gdy przyjdzie dojrzałość i hormony uderzą do głowy, mały pieszczoch staje się dziką bestią, w pełni gotową na powrót do buszu. Taka jest historia wszystkich wombacich mieszkańców parku. To sieroty, które mieszkają tu tylko do czasu, kiedy będą gotowe wrócić na wolność. To tylko jedna z kilku ciekawostek o wombatach, które słyszymy, a potem przechodzimy do praktycznej części pokazu. Przewodnik bierze zwierzaka na ręce i wówczas możemy podrapać go za uchem albo poklepać po pancernym tyłku (wombata oczywiście, a nie przewodnika). Robimy zdjęcia i ruszamy do kolejnego wybiegu.

Tu czeka nas prawdziwa gwiazda, maskotka parku i symbol Tasmanii. Diabeł. Przywołująca mroczne skojarzenia nazwa i dieta składająca się głównie z padliny, mogą sprawiać, że nasze wyobrażenie o diabłach tasmańskich będzie niezbyt przyjemne. Padlinożerny diabeł to na pewno wściekła, agresywna bestia, która na kilometr śmierdzi krwią swoich ofiar, prawda? Otóż, nie. Diabły tasmańskie są małymi, płochliwymi torbaczami. Mają słaby wzrok i krótkie nóżki, przez co poruszają się trochę niepewnie i pokracznie. Owszem, żywią się głownie padliną, ale mocno dbają przy tym o higienę, więc zawsze są lśniące i zadbane. Z rozbawieniem patrzymy jak diabły nieporadnie biegają wokół nóg przewodnika, który w tym czasie opowiada o ich ciężkim życiu. Diabły tasmańskie są gatunkiem zagrożonym, ponieważ dziesiątkuje je zakaźny rak pyska, oraz koła samochodów. Nad rozwiązaniem pierwszego problemu pracują naukowcy z Uniwersytetu Tasmańskiego. Jedyne, co możemy zrobić z drugim problemem, to jeździć trochę wolniej po zmroku. Po tej niewesołej pogadance przychodzi czas na o wiele weselszą część praktyczną. Przewodnik przyniósł trochę diabelnie smacznych kawałków kurczaka. W oczekiwaniu na przekąskę diabły dają popis wokalny i wiemy już skąd ich nazwa. Gdy pierwsi koloniści usłyszeli w buszu te upiorne wrzaski, byli pewni, że mają do czynienia z samym diabłem.

Spacer z przewodnikiem dobiega końca, a dalszą część parku eksplorujemy już sami. Zaglądamy do kolczatek. Dawniej bardzo nieśmiałe, teraz przyzwyczaiły się już do ludzi i bez skrępowania drepczą po wybiegu w poszukiwaniu mrówek i innych smakołyków. Niestety one nie wrócą już do buszu. Każda z nich mocno ucierpiała w wyniku spotkania z samochodem lub agresywnym psem i z powodu obrażeń nie poradziłaby sobie na wolności. Tu doczekają późnej starości pod czułym okiem opiekunów.

Dalej jedno z naszych ulubionych miejsc w Bonornogu – ptaszarnia. Tu, za sprawą ciekawskich kakadu i skorych do zabawy rozelek zawsze dzieje się coś ciekawego. Czasami kakadu powie „cześć”, czasami śliczna czerwona rozella podniesie z ziemi patyczek i nam poda dla zabawy. Spasiony gołąb będzie próbował dziobnąć nas przez kratkę, a spragniony uwagi galah nastawi kark do miziania. Nie mówcie nikomu, ale nigdy nie mogę się powstrzymać i za każdym razem muszę palcem pogłaskać tego pieszczocha. Kawałek dalej od zgiełku papug, we własnej klatce mieszkają dwie kukabury. Te niemal symboliczne dla Australii ptaki znane są z tego, że wydają niepowtarzalne dźwięki – brzmią tak, jakby zanosiły się śmiechem. Wiadomo, że śmiech jest zaraźliwy, więc próbujemy je sprowokować do jakiejś aktywności, ale przeważnie nic sobie z nas nie robią.

Skręcamy do dolnej części parku. Ta jest nieco mniej formalna, a bardziej parkowa. Walabie bez skrępowania skaczą w tę i nazad, a kangury leniwie leżą na ścieżce w oczekiwaniu na turystów, którzy podstawią im karmę pod nos. Przy wejściu do parku każdy gość dostaje torebkę z kangurzym żarciem i może do woli karmić skaczące zwierzaki. Nam już dawno się to znudziło, ale dzieciaki, miastowi i turyści spoza Australii zawsze mają tu wielką frajdę. My wolimi napawać się chwilą. Tu, w dolnej części parku nabiera mocy słowo „sanktuarium”. Wiosenny wiatr niesie zapach eukaliptusów. Mieszkańcy parku pałętają się pod nogami. Ciekawskie małe kangurzątka wystawiają łebki z toreb kangurzych mam, dzikie gęsi skubią trawę pod eukaliptusami, a wyżej, na gałęziach, stado kakadu drze się w niebogłosy. Hałaśliwe miodożery zakradają się do stołów piknikowych i czekają na chwilę ludzkiej nieuwagi, żeby zwędzić jakąś przekąskę. Nie jesteśmy już w obserwatorami. Jesteśmy częścią natury, elementem tutejszego ekosystemu.

Czas iść dalej. Dochodzimy do najniższej części parku, gdzie znajduje się duży wybieg dla bardzo starych diabłów oraz niedostępna dla gości sekcja rehabilitacji ptaków wodnych. Skręcamy w stronę wyjścia, ale zanim tam dotrzemy, czeka nas jeszcze kilka ciekawych przystanków. W pierwszej kolejności idziemy odwiedzić Freda – lokalną legendę i najstarszego Tasmańczyka. Kim jest Fred? To kakadu żółtoczuba, która dożyła wieku stu dziesięciu lat. Widać, że Fred jest już w podeszłym wieku. Nie ma już tej energii, co inne kakadu i coraz rzadziej otwiera dziób, żeby powiedzieć „cześć” albo „jak się masz”. Choć głos ma już słaby i ochrypły, życzymy Fredowi jeszcze wielu lat witania się z turystami w Bonorongu.

Kolejnym obowiązkowym punktem programu jest szpital dla zwierząt. Budynek zaprojektowano tak, że sala zabiegowa oddzielona jest lustrem weneckim od pomieszczenia dla gości. Mamy ogromne szczęście. Akurat dzisiaj odbywa się rutynowa kontrola zdrowia podopiecznych, więc możemy z bliska obserwować jak weterynarze usypiają i badają młodą diablicę. Taka okazja zdarza się bardzo rzadko, ale zawsze warto tu zajrzeć, bo nawet kiedy w szpitalu nic się nie dzieje, na ekranach obok można pooglądać krótkie filmy o tutejszych pacjentach i wywiady z weterynarzami.

Tuż przed wyjściem ostatnia, ale też bardzo australijska atrakcja – węże. W ciepłe dni łatwo zobaczyć tu węże tygrysie, jeden z trzech gatunków zamieszkujących Tasmanię. Czasami zgrabnie pełzają pomiędzy korzeniami eukaliptusów, a czasami po prostu wygrzewają się na kamieniach. Częściowo szklane ogrodzenie wybiegu sprawia, że można je niekiedy oglądać z bardzo bliska.

Nasza wizyta w sanktuarium Bonorong dobiega końca. Przy wyjściu warto wstąpić jeszcze do niewielkiego sklepu z pamiątkami. Można tu kupić sobie jakiś tasmański gadżet i jednocześnie wesprzeć finansowo to fantastyczne miejsce. Bonorong znajduje się w miejscowości Brighton, zaledwie 30 kilometrów od centrum Hobart. Jeżeli więc zawitacie kiedyś do Tasmanii, choćby na chwilę, przyjedźcie do sanktuarium Bonorong.
W momencie publikacji tego wpisu jednorazowe wejście do sanktuarium kosztuje $35, a roczny karnet $69. Prezentacja wombatów i diabłów, oraz torebka karmy dla kangurów są wliczone w cenę. Dodatkowo można wykupić sobie bliższe spotkanie z wybranymi zwierzakami albo wziąć udział w wycieczce po zmroku, kiedy nocne zwierzęta są o wiele bardziej aktywne.














Dodaj komentarz